sobota, 9 lipca 2016

Cyber Mess 2113 - cz. 4

Ot i kolejna część przygód w przyszłości.


Ktoś może mieć małe Déjà vu... i się nie pomyli. Si, to nowsza wersja TEGO rysunku. Widać, musiało mi to tuptać we łbie :)
A poniżej, tradycyjnie, kolejna część "Cyber Messa", gdzie pojawia się nowy bohater (skądinąd bardzo go lubię:p).

III

Wiesław przechadzał się wolnym krokiem wśród drzew bydgoskiego parku. Lubił przyrodę. Ta chwila była jedną z niewielu, kiedy mógł odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku, interesantów i świata wielkiej polityki. Zobaczył wiewiórkę, zwinnie przemykającą między gałęziami, gdzieś śpiewał kos (sztuczny czy prawdziwy, któż to wie), niedaleko szemrała fontanna.Wokół wodotrysku stały ławki. Na jednej z nich siedział samotny mężczyzna z laptopem na kolanach. Na widok Collinsa podniósł twarz. Wyłupiaste gogle upodabniały go do jakiegoś fantastycznego stworzenia. Wiesław podszedł do niego.
- Pan Jansson?
- Tak, panie Collins – odparł Pit wstając i ściskając mu dłoń w silnym uchwycie. – Miło mi! – ściągnął gogle.
- Mnie również – Wiesław ponownie wyjął z kieszeni telefon. – Przypuszczam, że pan się nie obrazi.
Uruchomił w telefonie wykrywacz podsłuchów i dokładnie sprawdził swojego rozmówcę. Po zakończeniu całej operacji schował urządzenie. Tymczasem Pit ponownie przyłożył na oczy gogle.
- Nie obrazi się pan – powtórzył z szyderczym uśmiechem.
Zmierzył Collinsa wzrokiem, a profesjonalny skaner dokładnie zlustrował postać. Collins był czysty. Pit zdjął okulary i ruchem ręki wskazał Radnemu miejsce na ławce, spoczął obok niego.
- W czym mogę służyć?
- Chodzi o moją córkę Issę – odparł Collins. – Potrzebuję dla niej ochrony.
- W waszej firmie macie wielu pracowników ochrony.
- Mamy i to sporu – ironicznie uśmiechnął się Radny. – Wielcy i silni, ale przy szesnastolatce są bezradni jak niemowlaki. A na hasło z jej strony „Bo powiem mamie!”. Nie muszę chyba dokańczać.
Pit roześmiał się zakrywając ręką usta.
- Pan wybaczy przeprosił Jansson. – Rozumiem.
- Dlatego potrzebuje kogoś z zewnątrz. Kto nic sobie nie zrobi z takich gróźb. Przy okazji słyszałem, że jest pan specem od zabezpieczeń.
- Mogę to panu szybko zademonstrować.
Chłopak położył sobie laptopa na kolanach. W gniazdo komputera wcisnął styk wirtualnych gogli i założył je. Uruchomił komputer. Okulary przeniosły go do iluzorycznego, złudnie doskonałego świata systemu. Palce hackera zamigotały na klawiaturze, wpisując komendy. Przez modem połączył się z centralą linii telefonicznych w Tokio. Programy strażnicze tokijskiej centrali uznały jego priorytety i zezwoliły na log. Następnie wybrał namiary centrali w New Pueblo, zabitej dechami dziury, gdzieś w Meksyku. A potem...
Hackowanie było dla Janssona przyjemnością, bez której nie mógł się obejść. Swobodnie wnikał
w systemy operacyjne, niczym powietrze w ludzkie płuca. W pewien sposób był od tego uzależniony. Podobnie jak tlen, hacking był mu potrzebny do życia.
Kiedy połączenie obiegło kilkanaście central rozsianych po całym świecie, wszedł w system firmy „Mietech”. Wybrał ją specjalnie, ponieważ znajdowała się w budynku „Elity”. Stanowiącej jeden z działów. Buszując po systemie znalazł utajnione pliki. Aby się do nich dostać, musiał złamać dość skomplikowany kod. Nie zraził się tym; czym jest jeden kod, spośród tysiąca, które złamał?
W komputerach, które właśnie opanował, uruchomił programy dekodujące własnego pomysłu. Nim minęło kilka minut, kolejne foldery stanęły przed nim otworem. Bez namysłu wszedł w jeden z nich. Po krótkim rozeznaniu doszedł do wniosku, iż właśnie przejął kontrolę nad zaawansowanym systemem tworzenia robotów.
Na twarzy hackera pojawił się uśmiech. Postanowił zrobić pracownikom „Mietechu” mały żart i trochę ich postraszyć. Wydając odpowiednie komendy, nakazał liniom produkcyjnym zmontowanie robota i jego aktywację.
„Alarm! Alarm!” – pojawił się napis. Zobaczył, że system namierzający prawie go dopadł. Nie mógł się nadziwić, jak mogli tak szybko złamać jego zabezpieczenia. Chyba, że mają na etacie hackera z „pierwszej ligi”...
„Pięć, cztery...” – komputer odliczał czas pozostały do końca namierzania. Jansson, nie widząc innego wyjścia, wyłączył komputer, zrywając wszelkie połączenia. Kiedy zdjął okulary, zobaczył, że niebo pociemniało.
- Imponujące – delikatnie klaskał w dłonie Wiesław – ale końcówka była do bani.
- To wina sprzętu. Gdybyś byli u mnie w domu, wtedy…
- Wierzę na słowo. Mam nadzieję, że ochroniarzem jest pan tak samo dobry - Pit stwierdzająco kiwnął głową. – Więc jak, mogę na pana liczyć.
- A …
- A jeśli chodzi o honorarium, dogadamy się.
- No to wracam na stare śmieci – uścisnęli sobie dłonie.
Chwilę później Pit został sam w parku. Wyjął z kieszeni niewielki urządzenie i umieścił w gnieździe komputera. Następnie wrzucił cały sprzęt do kosza na śmieci. Kiedy odszedł na kilka kroków usłyszał jak niewielka bomba elektromagnetyczna zniszczyła laptopa. Teraz to go na pewno nie namierzą.
„Będzie burza” – pomyślał pospiesznie ruszając dróżką. Wychodząc z parku usłyszał odległy grzmot. Niepogoda sunęła od strony Chojnic. Zbliżał się mały Armagedon.

IV

Ciemność zapanowała w ten popołudniowy dzień. Czarne, ogromne chmury zakryły cały błękit nieba. Mrok panujący w mieście dopełnił siarczysty deszcz.
Na kilku piętrach sto poziomego wieżowca „Elity” znajdowała się firma „Mietech”. Zajmowała się ona wymyślaniem i tworzeniem różnego rodzaju prototypów. Jej pracownicy unowocześniali golarki do włosów a kończąc na samochodach. Niebyła im też obca robotyka jak i tworzenie broni palnej dla oddziałów policji i armii, ale przede wszystkim ochroniarzy „Elity”.
Nim Collins została przewodniczącą Rady na polecenie ojca zajęła się reorganizacją struktur systemu ochrony. Podzieliła ją na cztery podstawowe grupy: obserwatorzy, którzy pełnili służbę przed monitoringiem. Stójkowi ochraniali główne wejścia i korytarze siedziby Radnych. Trzecia grupa to czyściciele byli antyterroryści i członkowie Gromu. Ostatnia część pracowników to ochrona osobista Radnych, oraz ludzie do zadań specjalnych.
Kuehn stanowił w tej hierarchii jedno z najwyższych szczebli. Dla garstki wtajemniczonych, którzy mieli dostęp do tajnych akt, Tom był legendą. Przez pięć lat pracy dla „Elity” stał się niewidzialną ręką Theresy. W „wolnych” chwilach Tom przesiadywał w „Mietechu” gdzie był konsultantem w dziedzinie broni palnej. Tego dnia także się tym zajmował. Stał w niewielkiej strzelnicy, w której testował nowy karabin maszynowy. Kiedy oddał kolejny strzał, rozległ się alarm. Czy prędzej dotknął interkomu.
- Co się dzieje?
Tuż za oszkloną ściana Mietek, współwłaściciel firmy bezskutecznie wpisywał komendy na klawiaturze. Sygnał ostrzegawczy wył nieustannie, wtedy wmieszał się inny dźwięk. Krzyk i tupot uciekających ludzi. Palce szefa wciąż wklepywały odpowiednio klawisze.
- Co tam się do cholery dzieje? – Tom niecierpliwie powtórzył.
- Ktoś wdarł się do systemu. Uruchomił linię produkcyjną nowego typu robota bojowego.
- No i?
Na ekranie pojawił się napis: „Dostęp przyznany”. Wynalazca szybko przejrzał zawartość uruchomionych plików.
- Intruz nie skończył załadowywać systemu do robotów. Więc automat włączył program strażniczy.
- Więc w czym problem? – dziwił się Kuehn.
- Robot będzie bronił budynku przed wszystkimi.
- O cholera! Niemożna ich dezaktywować zdalnie.
- W normalnej sytuacji dałoby się, lecz według tego co wiedzę program budujący nie zainstalował nadajników.
- Trzeba zrobić to ręcznie.
- Oddział sprzątający nim się zajmie.
Gdy kończył swe zdanie dobiegły go wystrzały. Sprzątacze strzelali jak opętani. Wtem rozległa się blada cisza, umilkł również alarm. Tom wierząc w zwycięstwo ochroniarzy wyszedł na korytarz. Kątem oka ujrzał coś, a instynkt spowodował że rzucił się na ziemię. Szybki przewrót po podłodze znalazł się w pozycji kocącej. Wzrokiem ogarnął całą sytuację. To Coś było ludzką głową, a kilka kroków przed nim szedł w ku niemu robot. Był brudny od krwi, pozostawiając po sobie trupy ochroniarzy.
- W magazynku masz naboje zapalające – usłyszał głos Mietka. – Celuj w głowę!
Nie tracąc czasu Kuehn otworzył ogień. Cała seria trafiła do celu. Zapalający środek w naboju wywołał w czaszce robota pożar, spalając główny procesor i pamięć. Maszyna zatrzymała się o krok od mężczyzny. Na co ten odetchnął z ulgą.
- Jest jeszcze jeden – na korytarzu pojawił się właściciel. – Jedzie windą towarową na dach.
Tom bez słowa załadował nowy magazynek i przeładował broń. Biegnąc ku windzie poczuł jak jego ulubiony Glock umiejscowiony w kaburze uwiera go pod pachami.

C.D.N.

Tekst Krystian P., korekta Marek G.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz