poniedziałek, 2 stycznia 2017

Cyber Mess 2113 - cz. 8

OK, pierwszym postem w nowym roku będzie dalsza część "Cyber Messa". Może to i znak dla mnie, co bym się może w końcu za to na poważnie zabrał :p


Na rys. pani Theresa. Źle jej z oczu patrzy. Pewnie coś knuje, baba jedna.
Kadr z komiksu odnalezionego po latach :)

Poniżej dalsza część opowiadania (poprzednią znajdziecie TU), a co do hipotetycznego soundtracku "Cyber Messowego", polecam to:




XIII 

Grzegorz pospiesznie odłożył słuchawkę, gdy usłyszał potężne uderzenie w sąsiednim pokoju. Rozległ się następny huk, potężniejszy od pozostałych. Ruszył w stronę odgłosów, gdy usłyszał zbliżającą się windę. Zmienił kierunek i skierował się w jej stronę. Drzwi uchyliły się.
- Dziadku! – powiedział młodzieniec, oddychając z ulgą. – Jesteś nareszcie! Babcia...
Zygmunt Malinowsky wszedł do swojego mieszkania, mieszczącego się w jednym z wieżowców na Nowym Mieście. Rzucił walizkę na podłogę. Ruszając szybkim krokiem przed siebie zdjął marynarkę i krawat. Służąca pojawiła się niepostrzeżenie za nim, zbierając upuszczone na podłogę rzeczy. Podchodząc do swoich pracowników, którzy stali przed dębowymi drzwiami, usłyszał coraz wyraźniejsze krzyki i brzęk tłuczonego szkła. Oczy wszystkich zebranych wpatrzone były w Radnego. - Wynoście się stąd! – wrzasnął, a widząc otwierające się usta wnuka, dodał – Wszyscy!
Kiedy został sam, delikatnie zapukał do drzwi.
- Alicjo, to ja, Zygmunt! Proszę, otwórz!
Zamiast odpowiedzi usłyszał kolejne głuche uderzenie.
- Otwórz!
I znów nic. Pamiętał, że wszystko zaczęło się piętnaście lat temu, i pozornie całkiem niewinnie. Bywały momenty, gdy Ala budziła się w nocy z krzykiem. Koszmary, które śniła musiały być straszne, lecz kiedy prosił ją, aby jej opowiedziała, niezmiennie twierdziła, że niczego nie pamięta. Wiedział, że kłamie, ale postanowił udawać, iż wszystko jest w porządku. Sny ustały nagle po trzech latach... By powrócić sześć lat temu. Tym razem śniła je co noc. Jej strach przerodził się w psychozę; Alicja przestała sypiać, zażywając środki stymulujące, z dnia na dzień stawała się wrakiem człowieka. Nie pomogły poważne rozmowy we dwoje i te na kozetce psychoterapeuty. Lekarze bezradnie rozkładali ręce.
Następny huk. Pamiętał. Pamiętał dokładnie, jak pewnego dnia wrócił do domu. Całe mieszkanie zastał przewrócone do góry nogami: porozbijane wazony, pocięte obrazy... Ona siedziała pośrodku tego bałaganu. Płakała. Gdy objął ją, wyszeptała:
- To przyniosło mi ulgę.
Jej słowa przeraziły go. Od tego zdarzenia nie opuszczała już mieszkania. Malinowsky sprowadził najlepszego w mieście psychoanalityka. Po kilku sesjach psychiatra powiedział, że niezbędne jest leczenie szpitalne. Malinowsky nie zgodził się na ten krok; zbyt mocno ją kochał, by skazywać ją na życie w pokoju bez klamki. Nie jest taki, jak...
Pewnego zimowego dnia, to było chyba w 2111 zadzwoniła do niego przerażona Shira z informacją, że Alicja zamknęła się w sypialni i nie chce otworzyć. Pamiętał, że stał wtedy pod tymi drzwiami, błagając ją, by otworzyła, a Boga, by to się wreszcie skończyło. Otworzyła po dwunastu godzinach. Gdy wszedł, leżała w milczeniu na łóżku. Położył się obok niej, a ona przytuliła się do niego i rozpłakała się. Leżeli tak przez kolejne godziny – w milczeniu, starając się uporządkować swoje myśli i uczucia. Przez głowę przebiegła mu myśl, by zapytać ją, co się stało, lecz zdawał sobie sprawę, że nie odpowie.
Ataki szału powtarzały się regularnie, przemieniając ich życie w piekło. Życie? – skrzywił się gorzko. – On już dawno zapomniał o znaczeniu tego słowa.
- Kochanie, otwórz – zawołał po raz kolejny. Cisza.
- Kocham cię – dobiegło po chwili zza drzwi.
- Ja także cię kocham – odpowiedział.
Usłyszał huk wybijanej szyby; przeraźliwy krzyk żony rzucił go na kolana. „A więc skończyło się” – pomyślał, a w jego oczach, po raz pierwszy od wielu lat, pojawiły się łzy.

XIV 

Kuehn i Jansson siedzieli przy stoliku, obserwując tańczące dziewczyny. Zastanawiali się, skąd biorą jeszcze energię, po przetańczeniu całej nocy. Nagle jego uwagę zwróciło siedmiu młodzieńców przy wejściu do klubu, ubranych zgodnie z najnowszymi wymogami mody. Przechodząca obok jego stolika kelnerka westchnęła.
- Rety. To oni.
- Jacy oni? – zapytał cyborg. Dziewczyna z wielkimi oczami spojrzała na Kuehna.
- Postrach nocnych lokali. Banda łobuzów z wielkimi pieniędzmi; lubią wszczynać awantury w dyskotekach.
- Dlaczego więc ich wpuszczacie?
Kelnerka wzruszyła ramionami.
- To wolny kraj. A po za tym, jak dotąd, u nas zachowywali się poprawnie.
Młodzieńcy kierowali się prosto w stronę Emy i młodej Collins. Kuehn wstał z krzesła, a Jansson podniósł się chwilę później.
- Siedź Pit, ja się tym zajmę.
Młodziki półkolem otoczyli bawiące się dziewczyny. Partnerzy dziewcząt ulotnili się błyskawicznie. Ubrany na biało chłopak z punkową fryzurą objął Collins w pasie i pocałował ją.
- Jesteś ładna, wiesz?
- Co ty sobie wyobrażasz? – odepchnęła go. Reske chwyciła dziewczynę za rękę.
- Chodź, Issa, czas wracać do stolika.
- Nie tak prędko, laleczko – punk skrzywił się drwiąco, ukazując w uśmiechu dwa szeregi platynowych zębów. – My się chcemy zabawić.
Reske odpowiedziała uśmiechem.
- Najpierw powinieneś spytać się o pozwolenie JEGO.
Młodzieniec obrócił się, czując za plecami obecność Toma. Roześmiał się mu w twarz.
- On? – ponownie się roześmiał, a wraz z nim reszta grupy.
- Lubisz Tic-Taki? – Kuehn chwycił się za nos. – Nie, nie lubisz. Dziewczyny, poczekajcie na mnie przy stoliku – dodał, zwracając się do Reske.
- A wy dokąd? – koleś z punkowym czubem zrozumiał, że sytuacja wymyka mu się spod kontroli. – Nie pozwoliłem wam odejść! – Wyciągnął dłoń, by chwycić za ramię Emę.
Wpół drogi do celu jego ramię zatrzymało się, unieruchomione żelaznym uściskiem cyborga. Ten pogroził mu żartobliwie palcem. I uderzył. Cios był tak silny, że wyrwał chłopaka w powietrze; punk wylądował na stolikach kilka metrów dalej. Oszołomiony, zaczął gmerać wokół ręką, drugą trzymając się za zmasakrowane usta.
- Brać go! – rzucił któryś z grupy. Zaszczękały otwierane sprężynowce, brzęknęła rozbita butelka.
I zaczęło się. Pierwszy rzucił się na Kuehna młodzieniec w koszulce polo, ze spodniami wyprasowanymi w kanty tak, że sprawiały wrażenie zaostrzonych brzytew. Uderzył prawym sierpowym, mierząc w twarz Kuehna; jakimś magicznym sposobem zaatakowany uniknął ciosu i skontrował, brutalnie łamiąc chłopakowi ramię, łopatkę i karierę dobrze się zapowiadającego pianisty.
Ema wraz z innymi przyglądała się bójce, ale w przeciwieństwie do nich, była spokojna o wynik. Uśmiechnęła się; cyborg ruszał się zwinnie jak czarodziej. Nagle tuż obok niej pojawił się wielki ochroniarz, z chińskimi smokami wytatuowanymi na czaszce. Chwyciła go za ramię.
- Zostaw ich – powiedziała. Widząc jego niezdecydowanie, dodała – Jeszcze chwilę.
Wykidajło dostrzegł w drwiącym uśmiechu Reske coś, co kazało mu przystać na propozycję. Wzruszył ramionami i potarł uśmiechnięty pysk wytatuowanego zwierzaka. „Ona coś wie” – pomyślał.
Tymczasem kolejny napastnik zamachnął się wydobytym nie wiadomo skąd łańcuchem, zakończonym pękiem starodawnych kluczy. Broń okręciła się wokół ramienia cyborga. „Mam cię” – chłopak pozwolił sobie na uśmiech i szarpnął. Ale to on poleciał do przodu jak szmaciana lalka, porwany niewyobrażalną siłą. Kuehn błyskawicznie owinął mu łańcuchem szyję i delikatnie zacisnął.
- Adieu – cyborg uśmiechnął się. Chłopak zemdlał; nie wiadomo: ze strachu, czy z braku tlenu we krwi. A może z obu powodów. Kuehn obrócił się w stronę ostatniego napastnika. Niedawny agresor trzymał w drżącej dłoni stłuczoną butelkę po piwie i nie bardzo wiedział, co z nią teraz zrobić.
- Posprzątaj tu! – rozkazał Kuehn. Chłopak westchnął z ulgą. I zsikał się.

XV 

7.55
Issa weszła szybkim krokiem do sali historycznej, starając się nie oglądać za siebie zbyt często. Ciągle wierzyła, że to tylko głupi kawał. Jednak kiedy Pit wkroczył za nią do pomieszczenia, ostatecznie przekonała się, że to jednak prawda. Usłyszała śmiechy i przyciszone rozmowy koleżanek.
Jansson skinął lekko głową, mówiąc:
- Witam miłe panie! – Idąc na koniec sali zauważył zrozpaczoną minę Collins. „Proszę, wyjdź!” – mówiły jej niebieskie oczy. Co z tego, kiedy nie mógł; rozkaz to rozkaz.
Kiedy usiadł na krześle, sala II a Prywatnego Żeńskiego Liceum zaczęła się wypełniać. Z zamyślenia wyrwał go surowy głos:
- Co pan tu robi? – Pit poznał nauczyciela, który wcześniej gapił się obleśnie na Issę.
- To co pan – pracuję.
- Proszę wyjść, nie życzę sobie obcych na moich lekcjach.
- Myśli pan, że mi się to podoba. Mam ważniejsze sprawy na głowie, ale dostałem takie polecenie. Jak się panu nie podoba, proszę zadzwonić do państwa Collins.
- Dobrze, proszę tylko nie przeszkadzać.

+++ 

8.35
Jansson spał już od półgodziny – nigdy nie lubił historii. O ile pamiętał, to z tych zajęć najczęściej uciekał. Nawet teraz, kiedy miał za to płacone, nie pałał do historii sympatią.
- ...I to by było na tyle – dokończył nauczyciel. – Panno Collins, proszę do odpowiedzi.
Pit donośnie zachrapał. Dźwięk był na tyle głośny, że wszystkie uczennice jak na komendę obróciły się w stronę ochroniarza. Jansson uniósł głowę i zamamrotał:
- Issa, tylko nie przynieś wstydu rodzinie...
Collins zapragnęła nagle stać się najmniejszym stworzeniem na świecie i spalić się ze wstydu.

+++ 

8.55
Na kolejne zajęcia Jansson udał się wraz z klasą do pracowni komputerowej. W czasie, gdy dziewczęta zapoznawały się z tematem zajęć, Pit sprawdzał możliwości hardware`u. Sprzęt ogólnie był dobry, ale nie umywał się do jego podrasowanego laptopa. Korzystając z okazji, postanowił sprawdzić dane nauczyciela historii – Zbigniewa Bigusa.
„Bigi” – jak pieszczotliwie nazywały go uczennice, urodził się 12 lipca 2083 roku. W wieku 15 lat stracił rodziców w pożarze, z którego sam wyszedł bez szwanku. Mimo, iż na uczelni był przeciętnym studentem, studia udało mu się ukończyć z wyróżnieniem. Pracę zawodową rozpoczął od posady w bydgoskim Centrum Kształcenia Ustawicznego, skąd zwolnił się na własną prośbę dwa lata temu. W obecnej szkole zaczął pracować w momencie, gdy zaczęła tu uczęszczać Issa.

+++ 

10.59
Po dwóch godzinach informatyki nadszedł czas na język polski. Tym razem zajęcia odbywały się przed wielkim monitorem plazmowym; nauczycielka zachorowała, więc lekcje były prowadzone przez Internet.
Jansson kręcił się na krześle od dobrych pięciu minut, aż w końcu nie wytrzymał. Wstał z krzesła
i podszedł do Collins:
- Issa, gdzie tu jest w-c? – wyszeptał jej do ucha.
- Na końcu korytarza – odparła i uśmiechnęła się złośliwie – ale to jest damski.
- A męski?
- Nie ma.
- A gdzie chodzi Bigus?
- Do nauczycielskiego.
- Proszę pana? – zagrzmiała nauczycielka ze swojego ekranu. – Mógłby pan nie przeszkadzać.
- Bardzo przepraszam – powiedział i wyszedł z sali.
Pit przebiegł korytarz w obie strony, lecz nie znalazł nauczycielskiej ubikacji. Nagle drzwi jednej z sal otworzyły się i wyszła z niej dziewczyna. Poznał ją. Należała do słynnej w mieście elitarnej grupy dziewcząt tańczących dance i techno. Zespół nosił nazwę „Zmysły”. Twarz dziewczyny była mu znajoma także z sesji zdjęciowej w kronice szkolnej, którą przeglądał kilka godzin wcześniej.
Stała teraz przed nim w stroju tanecznym. Patrząc na niektóre partie jej ciała dostrzegł, że obcisły kostium niezbyt dokładnie maskuje maskuje pewne miejsca. Szczególnie te, działające na męskie „zmysły”.
- Przepraszam – zagadnął ją Pit, starając się usilnie patrzeć jej w oczy, a nie na prześwity.
- Tak? – odparła, zakładając za ucho pasmo swoich długich czarnych włosów.
- Gdzie tu jest nauczycielskie w-c?
- Piętro wyżej.
- Dzięki – wystrzelił w stronę schodów. Szybko odnalazł drzwi nauczycielskiej wygódki, niestety, zamknięte. Wściekły, chciał już rozwalić zamek, gdy dojrzał tuż obok uczniowską ubikację. „Raz kozie śmierć” – pomyślał, otwierając drzwi.
- Jest tu ktoś? – zawołał.
Cisza.
- Do cholery, czy ktoś tu jest?! – zawołał zrozpaczony, czując, że już dłużej nie wytrzyma. Gdy ponownie odpowiedziała mu cisza, wszedł do środka. Zajął pierwszą z brzegu kabinę i z ulgą załatwił potrzebę. W tym momencie drzwi jego kabiny otworzyły się i ochroniarz zmartwiał.
- Tu jest – usłyszał.
Pospiesznie zapiął rozporek i obrócił się. Przed nim stało sześć uśmiechniętych tancerek.
- A mówiłam wam, że jest przystojny – powiedziała dziewczyna, którą spotkał na korytarzu.
- Czy to na pewno jest szkoła? – zapytał zrezygnowany Jansson, gdy dziewczyny zaczęły się do niego zbliżać...

+++ 

12.20
Na zajęcia wychowania fizycznego, Jansson poszedł wraz ze swoją podopieczną. Kiedy zatrzymali się przed drzwiami szatni, mężczyzna chwycił za klamkę.
- Nie odważysz się – wysyczała dziewczyna.
- Nie? – uśmiechnął się. I wszedł do środka wśród pisków zawstydzonych siedemnastolatek.
- Nie krępujcie się, nie pokażecie mi niczego, czego bym już nie widział – parsknął.
- Jesteś tego pewien? – przed Pitem stanęły dwie czule objęte dziewczyny.
- Przejdźcie lepiej do konkretów – powiedział, sadowiąc się wygodnie na wolnym krzesełku. – Nie mamy całego dnia.
Dwie małoletnie „lesbijki” speszyły się i wróciły do przebierania.
- A ty czemu się nie przebierasz? – zwrócił się do Issy.
- Nie zrobię tego, dopóki sobie nie pójdziesz.
- Mi tu dobrze – skrzywił się w uśmiechu.
- Wynoś się! – wrzasnęła.
W tym momencie otworzyły się drzwi do sali gimnastycznej i do środka wtargnęła nauczycielka.
Miała słuszną postawę i hacker wykoncypował sobie, że kiedyś musiała uprawiać sumo. Albo coś podobnego. Błyskawicznie znikł z pola widzenia kobiety i ukrył się za szafkami.
- Collins! – ryknęła hetera – Jeśli za trzy minuty nie będziesz w sali gimnastycznej, będziesz biegać przez całe zajęcia!
- Ależ pani profesor, ja...
- Zostały ci jeszcze dwie minuty i pięćdziesiąt pięć sekund – wycedziła belferka.
Dziewczyna bezradnie spojrzała na swojego ochroniarza, a ten tylko się uśmiechnął.

+++ 

Niecałe trzy minuty później wszystkie dziewczęta stały w karnym dwuszeregu na posadzce sali gimnastycznej. Emerytowana sumitka otworzyła usta widząc wśród nich Pita. Już chciała wrzasnąć, ale w porę rozpoznała w nim ochroniarza tej małej Collins.
- Dziewczyny – zaczęła. – Dziś rozpoczynamy wasze pierwsze zajęcia z samoobrony. Waszym sensei będzie mistrz karate tradycyjnego, pan Shinobi Shiro z Hongkongu.
Oczy wszystkich skierowały się na niewysokiego mężczyznę o azjatyckich rysach twarzy. Pit ocenił jego wiek na jakąś 40-tkę. Chińczyk stanął przed uczennicami i ukłonił się.
- Sensei, oddaję je w pańskie ręce – powiedziała nauczycielka.
- Dziękuję, usiądźcie – Chińczyk wskazał na podłogę. – Nim zaczniemy zajęcia, chciałbym wiedzieć, czy któraś z was uczyła się sztuk walki?
Zapadła cisza.
- Więc zaczniemy od podstaw...
- A mógłby pan coś nam zaprezentować? – zapytała Issa.
- Prosimy – odezwały się głosy.
- No dobrze, ale będę potrzebował partnerki...
- A może być on? – Collins wskazała na ochroniarza, który siedział na krześle zabranym z szatni i z zainteresowaniem przyglądał się swoim paznokciom.
- A zechciałby pan? – Azjata uczynił zapraszający ruch ręką.
- Niech się pan nie gniewa, ale jestem tylko małomiasteczkowym informatykiem i to raczej słabego zdrowia... – Jansson uśmiechnął się przepraszająco.
- Obiecuję, że nic się panu nie stanie – Chińczyk nie dawał się spławić, a widząc powątpiewającą minę Pita, dodał – Nic. Daję panu na to moje słowo.
- Na pewno? – Jansson z żalem podniósł się ze swojego krzesła.
- Na pewno. Proszę tylko wejść na matę. Tę – wskazał z uśmiechem ręką – matę.
Jansson zbliżył się do Chińczyka.
- Zaraz zademonstruję wam prosty i skuteczny chwyt – zwrócił się sensei do dziewcząt. Błyskawicznie rzucił się na Pita, lecz zamarł w bezruchu, widząc przed nosem wylot lufy Glocka 75.
- Skąd pan to ma? – wybełkotał.
- Żaden cios nie jest szybszy od kuli – skomentował hacker i schował broń.
- Ma pan rację – powiedział Chińczyk. – A teraz... – Zaatakował bez ostrzeżenia nogą, ale cios trafił w próżnię; Pit wykonał taneczny unik i powtórzył przedstawienie z Glockiem. Mistrz ponownie znieruchomiał w niewygodnej pozie, czując na potylicy dotyk broni.
- Czy może pan to odłożyć? – zapytał, nieco już zdenerwowany.
Pit zabezpieczył broń i położył ją na podłodze. Shinobi jeszcze raz zaatakował i znów jego atak
spalił na panewce, gdy Pit zawirował w serii uników. Hacker fachowo zablokował przedramieniem wyprowadzone z półobrotu kopnięcie; niecodziennym zwodem zmylił przeciwnika i natychmiast skontrował. Zaciśnięta pięść zatrzymała się kilka centymetrów od twarzy Shiro.
- Ciekawy styl – stwierdził mistrz. – Gdzie się pan tego nauczył?
- Na ulicy.
Kiedy mężczyźni podawali sobie dłonie, dziewczyny wciąż obserwowały ich z otwartymi ustami. Ale największe zdziwienie widać było w oczach Issy. „Kim on jest?”

+++ 

- Dlaczego wszędzie za mną chodzisz? – spytała później Issa.
- Dbam o twoje bezpieczeństwo – odparł. – Ten Chińczyk mógł być na przykład najemnym zabójcą, wysłanym by cię zabić.
- Ale nie zabił.
- Nie – odparł z uśmiechem.

+++ 

Pół godziny później do opustoszałej sali weszły dziewczyny ze „Zmysłów”. Podeszły do samotnie siedzącego Janssona. Kapitan zespołu pochyliła się i wyszeptała mu do ucha:
- Chodź, coś ci pokażemy.
- Nie, dzięki, już to widziałem – wymówił się.
Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem.
- Nic ci nie zrobimy. – Skinęła głową i pięć tancerek chwyciło go za ręce i pociągnęło w głąb sali. Dziewczyna wzięła krzesło. Dołączając do koleżanek usłyszała błagającego Pita.
- Dziewczyny, głowa mnie boli!
Szefowa porywaczek ustawiła krzesło na środku sali i wskazała mu gestem, by usiadł. Ustawiły się przed nim w uśmiechniętym szeregu.
- To dla ciebie.
Z ukrytych głośników rozległa się muzyka i dziewczyny zaczęły tańczyć. Pit zrozumiał, dlaczego tancerki wybrały taką, a nie inną nazwę dla zespołu. Z uśmiechem obserwował, jak perfekcyjnie wykonywały kolejne figury. „One są rewelacyjne” – pomyślał.

CDN.

Tekst Krystian P., Korekta Marek G.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz